polecam/sugeruję słuchać przy czytaniu tego: the xx
***
Twarz pełna pogardy. Spojrzenie znane mi z zamglonych wspomnień sprzed wielu już lat. Od tego wzroku robi mi się słabo, a łzy napływają mi do oczu.
Córka szlamy
Oprzytomnienie przychodzi w jednej sekundzie. Mrugam i gwałtownie wymierzam mu policzek, od którego on niemal traci równowagę. Czuję pieczenie w wewnętrznej stronie prawej dłoni, on łapie się za poczerwieniałe miejsce i cicho klnie.
- Wynoś się – mówię, zdobywając się na tyle dumy i wyniosłości, na ile mogłabym jej mieć w danej sytuacji. Unoszę wysoko głowę i nie patrzę już w jego stronę. Chcę, żeby poczuł to, co czuję aktualnie ja.
Śmieje się beztrosko, zarzucając kurtkę na plecy, co rejestruję [małe EDIT] kątem oka. Kiwa głową z rozbawieniem.
- Jeszcze będziesz błagać, żebym do wrócił.
Chwilę później słyszę kaleczące uszy trzaśnięcie. Wyszedł.
Upadam na podłogę. Czuję się, jak worek pełen kości, bez niczego w środku. Lekka, bezużyteczna, słaba.
Płaczę.
Nie przypuszczałam, że nadal taki jest. Myślałam, że po ponad dwóch wspólnie spędzonych latach zapomniał już o wszelkich uprzedzeniach. Ale widać jedna, drobna kłótnia, nic nieznacząca sprzeczka... Pełna zazdrości, zawiści i czegoś, co na pierwszy rzut oka można byłoby uznać za zaborczość...
Szlochając ściągam sukienkę. Rozpuszczam kok i rzucam butami w kąt. Chciałabym zniknąć. Rozpaść się. Nie być. Nie istnieć. Nie mieć na imię Rose. Nie być córką szlamy.
Wstaję i, zdobywając w sobie resztki sił i przytrzymując się ścian, ruszam w stronę łazienki. Wchodzę w bieliźnie do kabiny i puszczam zimną wodę. Stoję w strugach, które brutalnie zimnem wbijają mi się w skórę. Włosy w strąkach oblepiają mi plecy i czarny stanik. Czuję się tak, jak chciałabym się czuć – pusta, bezwartościowa szmata.
Ruszam do n a s z e j sypialni. Siadam na łóżku, mokra, zziębnięta. Siedzę przez chwilę, wpatrując się w jego poduszkę. Beznamiętnie wyobrażam sobie jego blond włosy rozsypane wokół bladej twarzy. Zawsze był podobny do Dracona, ale Scorpius miał w sobie niezwykłą delikatność Astorii.
Przegryzam wargi i sięgam do nocnej szafki od mojej strony. Pomysł przychodzi niespodziewanie.
Wyciągam pomarańczowe pudełko z pastylkami, które magomedyk przepisał matce w tamtym tygodniu. Nie zdążyłam ich jej jeszcze dać.
Na łóżku rozkładam dokładnie dwadzieścia sześć tabletek. Dwadzieścia sześć wspólnie spędzonych miesięcy.
Biorę pierwszą i oglądam ją z każdej strony, obracając ją w palcach. Zastanawiam się, czy w tej tabletce jest moje życie... Czy jestem taką tabletką? Można mnie połknąć, stłamsić i zapomnieć? Najwyraźniej można. Wpycham ją do ust. Nie popijam. Czuję gorycz na języku, łykam ją. W pierwszej sekundzie mam wrażenie, że zaraz zwymiotuję, ale nic takiego się nie dzieje. Więc nie czekam dłużej. Połykam kolejne tabletki, przy dwudziestej znowu mam odruchy wymiotne. Nie poddaję się jednak i dobiegam do końca, niczym wyczynowy mugolski maratończyk.
Brak mi tylko satysfakcji i samozadowolenia z wykonanego zadania. Wręcz przeciwnie - czuję wstyd, niewyobrażalne poczucie porażki. Schrzaniłam wszystko, co tylko mogłam schrzanić.
Opadam na poduszkę. Chcę spać. Niewyobrażalnie mocno, chcę spać. Zapaść w głębokie zapomnienie. Sama chcę nie pamiętać. Chcę być tą tabletką, końcem życia, chodzącą pustką worka na kości. Dochodzą do mnie przytłumione głosy. Gdzieś w uszach dudni mi muzyka. Nie gra. Żyje w mojej głowię. Chcę poruszać się w jej rytmie. Chcę czuć ulgę z mocy poruszania kończynami. Jak ryba bez wody, łapię ostatnie tchnienia.
- Gdzie jesteś? Och, Kochany. Gdzie jesteś?
- Już niedaleko - szepcze. - Poczekaj na mnie, proszę.
Czekam.
Na niego.
Na sen.
Na śmierć.
autorka: C.